Wystąpił błąd w tym gadżecie.

wtorek, 27 marca 2012

Poranek z Palahniukiem.

Obudziłem się w dosyć dobrym nastroju, którego w tajemniczych okolicznościach nie zepsuł nawet brak kawy. Nie piłem dobrej kawy... nie to nie tak, nie piłem żadnej kawy w ogóle!... od trzech dni. Nie palę pięć dni. Czuję się fizycznie bardzo dobrze. Niestety, moja psyche nadal tkwi w przeświadczeniu, że jestem palaczem. Kawoszem nadal mam zamiar być, niestety nie ma pieniędzy, żeby kawę kupić. Trudno, pozostaje mi koreańska zielona herbata z brązowym ryżem (pyszna, ale niestety nie zawiera kofeiny). 

Zaparzywszy sobie wspomnianą już herbatkę zalogowałem się (rytuał większości ludzi) na Facebook'a tylko po to, by się dowiedzieć, że moja rodzina uśpiła Goldie. Goldie była moim psem od 7 roku życia, w tym roku miała skończyć (zdaje się, że w kwietniu) 16 lat. To był wspaniały pies. Mieszanka zwykłego kundla ze szpicem, o rudej długiej sierści. Jako szczeniak była niezwykle żywa i agresywna w ten zabawny sposób, w jaki potrafią być jedynie małe psy. Później doznała urazu psychicznego przez mojego dziadka - alkoholika, który rzucał w nią różnymi przedmiotami, krzyczał na nią, pewnie też bił. Jak to się stało, że mój kochany piesek znalazł się w domu z koszmarów? Dzięki mojej młodszej siostrze, która nie znosiła Goldie i robiła wszystko byle się jej tylko pozbyć. Decyzją moich rodziców biedny pies trafił z deszczu pod rynnę, tylko dlatego, że dziadek mieszkał w domu prywatnym, a my w bloku, co zdaniem mamy i taty stanowiło wystarczający powód, dla którego warto było przenieść psa. Na całe szczęście udało mi się przekonać rodziców (zdaje się, że miałem wtedy jakieś 11 lat; pewnie byłem starszy, ale wolę o sobie myśleć jako o 11-to latku, który podjął się misji ratunkowej), żeby zabrać Goldie z domu dziadka z powrotem do nas. I została już u nas. Gdy wychodziłem z domu rodzinnego po raz ostatni, jadąc na lotnisko, żegnałem się z nią dobrych kilka minut. Pamiętam, że ostatnie słowa jakie do niej powiedziałem brzmiały: "Goldie, tylko żyj, gdy wrócę w odwiedziny". Już jej nie zobaczę. Nigdy już nie przywita mnie z głębi swego wiklinowego koszyczka merdaniem ogona i krótkim szczekaniem. Nigdy już w tajemnicy przed ojcem nie dam jej kawałka szynki czy innego smakołyka. Nie wyprowadzę jej na spacer w deszczowy wieczór, patrząc jak sunie skulona pod krzak, by szybko załatwić potrzebę. Goldie nie znosiła deszczu, kochała śnieg. Cieszę się, że w ostatnią zimę, jaką dane jej było przeżyć spadł śnieg. Tęsknię za tym małym pokracznym stworkiem. Łzy cisną mi się do oczy za każdym razem, gdy wyobrażę sobie ostatnie rozbłyski gasnącego życia w jej małych ślepkach. 

Goldie w jej ulubionym koszyczku.
 
***

Po tragicznej wiadomości o śmierci mojego psa rzeczy poszły, na całe szczęście w znacznie przyjemniejszym kierunku. W moje ręce wpadły trzy książki jednego z moich ulubionych pisarzy, Chucka Palahniuk'a: "Pygmy", "Snuff" oraz "Fugitives & Refugees". Wszystkie trzy w oryginale. Zacząłem od przewodnika po rodzinnym mieście Chucka, Portland, czyli "Fugitives & Refugees". Pozycja ta jest niczym innym jak pamiętnikiem pisarza, opisującym ukochane zakątki miasta, a także co ciekawsze historie zasłyszane od przyjaciół i przypadkowo poznanych ludzi. Zapowiada się ciekawie. Jestem bardzo złakniony podobnych zwierzeń od autorów, których podziwiam. Mam wtedy bowiem wrażenie, że podążam ich śladem, że w pewien sposób łączę się z nimi na płaszczyźnie duchowej.

Dalej, obejrzałem na Youtube dwa wywiady z Palahniukiem, których do tej pory nie widziałem. Zwłaszcza jeden przykuł moją uwagę, z początku dlatego, że nie mogłem rozpoznać głosu pisarza, a to dlatego, że miał infekcję gardła tego dnia, gdy udzielał wywiadu. 



Interesująca i zabawna rzecz do posłuchania. W międzyczasie zerknąłem na stronę pisarza chuckpalahniuk.net, która zaprowadziła mnie do jednego z kilkudziesięciu esejów dotyczących sztuki pisania. Esej można przeczytać TUTAJ. Jego treść wpłynęła na mnie niezwykle pozytywnie, przez co postanowiłem wygrzebać z zakamarków schowka na dokumenty Gmail moją powieść, nad którą pracuję od 2008 roku, a której tworzenie zarzuciłem niecały rok temu, borykając się z mniej lub bardziej ambitnymi tekstami. Dzięki Palahniukowi mam zamiar odkurzyć moje "dziecko", a w zasadzie dokonać na nim bardzo skomplikowanej, aczkolwiek koniecznej operacji plastycznej. Nie mogę się doczekać i między innymi dlatego przerywam pisanie na rzecz pisania. 

Miłego, słonecznego dnia! 



sobota, 24 marca 2012

Strumień świadomości #1

papierosa jednego chociaż rozerwie mnie za chwilę pinty im się zachciało a ja się przecież tak mocno starałem trochę upokorzony ale no nieważne ważne że muzyka nie płacz Myslovitz dym sobie tańczy a ta na balkonie znowu chyba nie potrafię pisać szybciej a może jednak autobus znowu i karetka ciekawe co Asia teraz a rura na ulicy pękła i tyle tej wody na przystani łodzie za dwa tygodnie wielki dzień królowa też chyba tam będzie tak mówił John ale nie wiem w zasadzie co mam herbatę z mlekiem sobie zrobiłem bawarkę Hitler też ją pijał co mnie to w zasadzie obchodzi Jezu ale mnie plecy bolą Joyce to wymyślił nie ma bata żebym umiał pisać tak jak Beckett on miał taką żółtą skórę przed zaśnięciem to mniej więcej tak wygląda chyba musiałbym to stenografować żeby było dobrze te najebane laski rzygające pod bankomatem znowu siedział bezdomny drugi z psem w dół ulicy śmierdziele skończę opowiadanie i co nie umiem się na niczym skoncentrować dzieci jakieś się wydzierają co one robią biznesmeni nie znają się na winie wszystko jest nieprawdziwe a czas jest relatywny Einstein o tym pisał ciekawe jak to jest gdy ktoś przykłada ci pistolet do głowy pinta kurwa jego mać Spanish flamenco na dwie kamery to nagrywał bardzo interesujący efekt a Kudłaty teraz Jima Jarmuscha z winem kawa i papierosy to był film pierwszy dzień na studiach i ten wykładowca który potem nieważne może to przeczytać a nie chcę żeby mój jedyny autorytet wśród wykładowców szkoda że tak wcześnie a teraz z kolei cover Jacksona wracam do środka muszę jakoś zabić czas i w poniedziałek znów spróbuję coraz bardziej mi się nie chce ten cholerny marazm Jezu nie wierzę w ciebie po co mi to wszystko i tak ułuda jedna wielka ułuda a ten tekst i tak nie ma sensu znowu depresja nie za silny na to wszystko jestem a może tylko mi się wydaje że jestem zakochany nie naprawdę nie mam pojęcia jak jej to powiedzieć chyba sobie coś wmawiam jestem bezuczuciowy jakby pusta skorupa nigdy nie jadłem ostryg tylko marynowane ciekawe czy homary cierpią gdy się je do tej wrzącej wody na pewno tak biedne pandy czemu nie chcą się rozmnażać delfiny są inteligentniejsze od ludzi a wojnę atomową to tylko szczury i karaluchy tak?

czwartek, 22 marca 2012

Murakami's Dream Logic.

Haruki Murakami jest japońskim pisarzem współczesnym, którego odkryłem będąc uczniem liceum. Pierwszą książką tego autora, jaką przeczytałem, a raczej zacząłem czytać, by nigdy nie skończyć było "Tańcz, tańcz, tańcz". Dlaczego nie udało mi się przeczytać tej powieści? Jest napisana nieciekawym, mało interesującym stylem. Jak każda książka Murakamiego. A mimo to uważam go za jednego z moich ulubionych pisarzy, chociaż prawdę powiedziawszy dałem radę przeczytać w całości tylko dwie spośród jego książek - "Norwegian Wood" i "Po zmierzchu".

Haruki Murakami 
 Dlaczego zatem nadal twierdzę, że czytanie Murakamiego sprawia mi przyjemność, a jego twórczość wynoszę na piedestały? Z książkami Harukiego jest podobnie jak z filmami Davida Lyncha. Albo się je kocha, albo nienawidzi, z tym, że nawet jeśli należysz do tej pierwszej grupy wolisz nie oglądać "Mullholland Drive" więcej niż jeden raz, nawet jeśli klimat filmu przypadł Ci do gustu.

O Murakamim i jego tekstach lubię rozmyślać, wspominać co bardziej interesujące fragmenty, na jakie udało mi się natrafić, lubię Murakami - san za to jakim człowiekiem jest, a przynajmniej stara się być w oczach czytelników, ale czytanie jego powieści to niejednokrotnie męka. Robi się to z jednej strony mechanicznie, a z drugiej strony naprawdę można utknąć między kartami. Nie umiem jednoznacznie wytłumaczyć, nawet samemu sobie, dlaczego tak się dzieje.

W chwili obecnej kończę czytać angielskie tłumaczenie "Sputnik Sweetheart". Kilka lat temu próbowałem przeczytać ją po polsku - nie dałem rady. Skończyłem jednak na kilkanaście zaledwie stron przed końcem, sam nie wiem dlaczego tak się stało. Niemniej jednak angielską wersję już niemal skończyłem. Zostało mi raptem dziesięć stron. I co? I jestem rozczarowany. "Sputnik" zaczyna się naprawdę pięknie. Można utknąć w rutynie życia codziennego głównego bohatera (nie pamiętam jak ma na imię, padło ono bodaj raz), przerywanej nietypowymi rozmowami z jego najlepszą przyjaciółką Sumire, która ma zwyczaj wydzwaniać do niego o 3 nad ranem. Niestety, im bliżej końca tym gorzej. A może ja po prostu nie jestem w stanie pojąć, o co chodziło autorowi? Niemniej, nie jestem zaczarowany. Już dawno mnie żadna książka nie zaczarowała, czym jestem cholernie rozczarowany. Muszę wznowić poszukiwania autorów/książek, które sprawią, że nie będę miał ochoty wstać z kanapy, by iść do toalety. Tymczasem, Murakami po raz kolejny mnie zawiódł. Co dziwniejsze, absolutnie nie ma to wpływu na fakt, że lubię tego pisarza. To podobna sytuacja jak do wspomnianego już przeze mnie Lynch'a. Nie podoba mi się mnóstwo filmów tego reżysera, nie rozumiem żadnego z jego dzieł, a mimo to bardzo lubię nastrój, jaki tworzy. Murakami czymś mnie oczarował, czy raczej wpłynął na moją podświadomość jakimś nieuchwytnym detalem warsztatu czy fabuły, przez co nie potrafię zmienić swego stosunku do tego autora.

Tymczasem, czas zaparzyć herbatkę, jako że zbliża się 5 po południu i dokończyć "Sputnik Sweetheart". Później poszukam czegoś interesującego do poczytania. 


poniedziałek, 12 marca 2012

02:33

Księżyc zbliża się ku pełni, wędrując z wolna poprzez bezchmurne niebo w otoczeni kilku ledwie dostrzegalnych gwiazd. Z rzadka tylko przejeżdżający samochód lub dwupiętrowy autobus mąci ciszę. Rozprasza mnie nieco kobieta siedząca na balkonie naprzeciwko, która zdaje się, podobnie jak ja cierpieć na bezsenność (w dodatku ma tendencje do wychodzenia na papierosa o tych samych porach, co i ja, w wyniku czego raz po raz zastanawiam się, czy znów ją zobaczę). Od czasu do czasu zaskowycze lis, czekam też na śpiew nocnych ptaków, ale jeszcze za wcześnie. To moja ulubiona pora, gdy każdy uczciwie pracujący człowiek, zmuszony wstać wcześnie śni w ciepłym mieszkaniu, a po ulicach wałęsają się jedynie nieliczni. Nocą mój umysł zdaje się pracować lepiej niż za dnia.

Dziś po raz pierwszy spróbowałem trzy niesamowite owoce: kokos, papaję i granat. Kokos na zawsze pozostanie w mej pamięci. Rozbiłem go na balkonie, a plamy po jego soku chyba zostaną na posadzce na zawsze. Dlaczego zapamiętam ten właśnie owoc? Dowiedziałem się, że skład wody, która zawarta jest w jego orzechu jest niemal identyczny do ludzkiego osocza, dzięki czemu można go przetaczać jak krew.